Cztery dni w plecaku 40 na 30 na 20 centymetrów
Od kilku lat latamy wyłącznie z bagażem, który mieści się pod fotelem. Cztery dni w Walencji i wcześniej kilkanaście innych miast: wszystko w plecaku 40 na 30 na 20 centymetrów. Pokazuję, co do niego pakuję, a co zostaje w domu.
Pisze Ola · 6 min czytania
Wieczór przed lotem do Walencji wyglądał u nas tak: dwa otwarte plecaki na podłodze w salonie, na kanapie cztery kupki ubrań, a Michał na kolanach przy szafce szukający ładowarki do aparatu, której ostatecznie nie znalazł. Po czterdziestu minutach oba plecaki były zamknięte. Nikt nie siadał na nich, żeby dopiąć zamek.
Tak pakujemy się od kilku lat. Zaczęło się od mojego arkusza. W pierwszym roku latania tanimi liniami wpisywałam każdą dopłatę do walizki jako osobną pozycję i w grudniu okazało się, że wiersz „bagaż” jest dłuższy niż wiersz „muzea i wstępy”. Od tamtej pory nic nie nadajemy i nic nie dokupujemy. Cztery dni to dla nas norma, pięć też się da, jeśli ktoś przepierze coś wieczorem.
40 na 30 na 20, czyli ile to naprawdę jest
To wymiar, który w 2026 roku mają darmowe torby w obu tanich liniach, którymi latamy najczęściej. Mniej więcej tyle co szkolny plecak dziecka z podstawówki.
- Ryanair jesienią 2025 roku pogłębił swoją darmową torbę z 15 do 20 centymetrów.
- Wizz Air od listopada 2025 roku zszedł z 45 na 35 na 20 do 40 na 30 na 20 centymetrów i dołożył limit 10 kilogramów.
Te liczby lubią się zmieniać, więc przed każdym wylotem otwieram stronę przewoźnika i czytam je jeszcze raz. Pamięć w tej sprawie nie jest dobrym doradcą. Przy wejściu na pokład obsługa potrafi wskazać ramkę do mierzenia i wtedy liczy się tylko to, czy plecak do niej wejdzie. Jeśli nie wejdzie, płaci się przy bramce, a tam nikt nie daje rabatów.
Jeden plecak, dwa kolory
Mój plecak ma dokładnie ten wymiar i rozpina się dookoła, jak walizka. Kładę go płasko, otwieram na dwie połowy i widzę wszystko naraz. Przy plecaku otwieranym od góry każda rzecz, której szukam, leży akurat na samym dnie. Drogi model nie jest potrzebny. Ważne, żeby był prostopadłościanem, bez bocznych kieszeni, które wypychają się na zewnątrz i dodają centymetry.
Michał kupił sobie taki sam, tylko w innym kolorze. Teoretycznie po to, żeby się nie myliły. W praktyce i tak co drugi raz na lotnisku ktoś z nas sięga po nie ten.
Ubrania dzień po dniu, nie kategoriami
Najlepszy trik, jaki mam, to pakowanie dniami. Zamiast osobno koszulek, osobno spodni i osobno drobnych rzeczy, na każdy dzień zwijam jeden rulon: koszulka, świeże rzeczy do przebrania i skarpety w środku. Rano wyciągam jeden rulon i jestem ubrana. Nie grzebię w plecaku, nie wyciągam połowy zawartości na łóżko w wynajętym mieszkaniu.
Przykład z marcowej Walencji, cztery noce, rano kilka stopni, w południe blisko dwudziestu:
- Dzień lotu. Jadę w tym, co najcięższe i najbardziej objętościowe: sneakersy do chodzenia, dżinsy, bluza, kurtka. Kurtka ma kieszenie, więc w samolocie jest moją drugą torbą.
- Dzień drugi. Rulon z koszulką z długim rękawem. Dżinsy te same.
- Dzień trzeci. Rulon z cieńszą koszulką i lżejszymi spodniami, bo zapowiadali słońce nad Albuferą.
- Dzień czwarty. Rulon z koszulką, do tego cienki sweter, który nosiłam wieczorami przez cały wyjazd.
- Dzień powrotu. To samo co pierwszego dnia, plus to, co zostało czyste.
Poza rulonami w plecaku leżą tylko: coś do spania, balerinki na wieczór i składana torba na zakupy, która w Walencji robiła za torbę na plażę. Kolory dobieram tak, żeby nie musieć myśleć, co do czego pasuje. Jasne góry, ciemne dolne, jeden sweter do wszystkiego.
Na drugą stronę plecaka idzie cienki worek na rzeczy noszone. Po powrocie wrzucam go do pralki w całości, bez przebierania.
Co ma Michał, a co ja
Nasze plecaki mają ten sam wymiar, ale zupełnie inną zawartość. Michał zabiera mniej ubrań, bo przez cztery dni potrafi chodzić w dwóch koszulkach na zmianę i nie widzi w tym problemu. Za to połowę jego plecaka zajmuje aparat z obiektywem 35 mm w małej torbie na ramię, którą przed wejściem na pokład chowa do środka. Po Walencji, gdzie bateria padła mu na wieży katedry, zawsze ma ze sobą zapasową. Tym razem była w bocznej przegródce, naładowana.
U mnie więcej miejsca zajmuje kosmetyczka i czytnik. Czytnik waży tyle co jedna książka, a przez cztery dni zdążę przeczytać dwie. Papierowe książki zostały w domu już dawno.
Powerbank bierze jedno z nas, zależnie od tego, kto ma więcej miejsca. Musi lecieć w kabinie, do luku go nie wolno, i musi mieć wypisaną pojemność. Część linii nie pozwala już korzystać z niego w czasie lotu, dlatego telefony ładujemy do pełna jeszcze na lotnisku.
Kosmetyczka, która mieści się w dłoni
Litrowa przezroczysta torebka, w niej płyny w opakowaniach nie większych niż 100 mililitrów. To się nie zmienia od lat, choć na niektórych lotniskach stoją już nowsze skanery i płynów nie trzeba wyciągać. Tylko że lotnisko w drodze powrotnej może mieć stare urządzenia, więc pakuję się pod te surowsze przepisy i nie mam potem stresu przy taśmie.
Żeby w ogóle zmieścić się w torebce:
- Kostki zamiast butelek. Szampon i mydło w kostce nie są płynem, jadą luzem w metalowym pudełku, a torebka zostaje dla reszty.
- Krem do twarzy przekładam do słoiczka po próbce. Kilkanaście mililitrów na cztery dni aż nadto.
- To, co jest na miejscu, zostaje w domu. W mieszkaniach na wynajem prawie zawsze jest żel pod prysznic, a pastę do zębów kupię w pierwszej drogerii.
- Krem z filtrem przy wyjazdach na południe kupujemy po przylocie. Duża tubka w kabinie i tak nie przeszłaby kontroli.
Etui, które nie opuszcza kurtki
Wszystkie papiery mam w jednym płaskim etui, które przez cały dzień podróży siedzi w wewnętrznej kieszeni kurtki. W środku: dowód osobisty, karta płatnicza i druga karta z innego banku na wypadek blokady, trochę euro w gotówce, karta EKUZ i wydruk rezerwacji noclegu z adresem. Karty pokładowe mamy w aplikacjach, ale każdą zapisuję też jako zrzut ekranu. Aplikacje przewoźników potrafią wylogować człowieka dokładnie w kolejce do bramki.
W małej kieszeni plecaka jeżdżą jeszcze trzy drobiazgi, po które sięgamy częściej, niż by się wydawało: przejściówka do gniazdka na kraje z innymi wtyczkami, kilka agrafek i gumka recepturka na zepsuty zamek.
Co zostaje w domu
- Ręcznik. Szybkoschnący zabieramy tylko nad morze. W mieście nie ma po co.
- Suszarka. W większości noclegów jest. A jeśli nie ma, włosy i tak wyschną.
- Rzeczy „na wszelki wypadek”. Drugi sweter, trzecie buty, parasol. W europejskich miastach sklep jest za każdym rogiem, a przez kilka lat nie zdarzyło się nam niczego dokupować w panice.
Pięć dni i więcej
Przy dłuższym wyjeździe nie bierzemy więcej rzeczy, tylko robimy pranie w połowie. Jeśli w mieszkaniu jest pralka, wystarczy jedno wieczorne pranie. Jeśli nie ma, drobiazgi przepierają się w umywalce i do rana schną na kaloryferze albo na balkonie.
Są wyjazdy, na które plecak pod fotel nie wystarczy. Góry z butami trekkingowymi, zima z grubą kurtką. Wtedy dokupujemy jeden większy bagaż i dzielimy go na pół. Jedna dopłata zamiast dwóch, a różnica w arkuszu od razu widoczna.
Najbardziej lubię jednak moment po przylocie. Wysiadamy z samolotu, idziemy prosto do metra albo autobusu i nie stoimy przy taśmie, patrząc, czy nasza walizka w ogóle przyleciała. W Walencji siedzieliśmy już w metrze, kiedy przy taśmie wciąż stała spora część pasażerów z naszego samolotu.