Walencja poza sezonem: trzy dni, plan i koszty
Na początku marca polecieliśmy z Krakowa do Walencji na trzy pełne dni. Pomarańcze na drzewach, pusta plaża, pierwsze wystrzały przed Fallas i rachunek, który nie bolał. Rozpisuję, co zrobiliśmy i ile to kosztowało.
Pisze Ola · 5 min czytania
Zima na Śląsku ma to do siebie, że w lutym człowiek zaczyna przeglądać wyszukiwarki lotów z miną kogoś, kto szuka ratunku. Tak było i tym razem. Michał wypatrzył bilety z Krakowa do Walencji na początek marca, sprawdziliśmy, czy oboje dostaniemy dwa dni urlopu, i po kwadransie było po sprawie.
To nasz pierwszy wpis na tym blogu, więc od razu uprzedzam, jak piszemy: konkretnie, z kosztami orientacyjnymi, bez udawania, że wiemy wszystko. Byliśmy trzy pełne dni plus dwa dni „lotnicze”. Tyle da się zobaczyć i tyle opisuję.
Dlaczego marzec
Poza sezonem Walencja jest po prostu przyjemniejsza. W marcu w dzień było u nas od kilkunastu do dwudziestu stopni, wieczorem potrzebna była kurtka. Plaża pusta, noclegi tańsze niż latem, kolejki do najważniejszych miejsc krótkie albo żadne.
Jest jeden haczyk, o którym warto wiedzieć: w połowie marca odbywa się Fallas, największe święto miasta. Kulminacja przypada na 15-19 marca, ale już od 1 marca codziennie o 14:00 na placu przed ratuszem odbywa się mascletà, czyli kilkuminutowy pokaz petard, bardziej do słuchania i czucia w klatce piersiowej niż do oglądania. Trafiliśmy na pierwsze dni marca i to był idealny kompromis: klimat święta już był, tłumów i cen z samego festiwalu jeszcze nie.
Jeśli chcecie przeżyć Fallas w pełni, rezerwujcie z dużym wyprzedzeniem i liczcie się z wyższymi cenami. Jeśli wolicie spokój, wybierzcie luty albo koniec marca.
Lot i dojazd z lotniska
Lecieliśmy z Balic, z samym małym bagażem pod siedzenie. Z Katowic na lotnisko w Krakowie jedzie się autostradą nieco ponad godzinę, auto zostawiliśmy na tańszym parkingu poza terenem lotniska z dowozem do terminala.
Lotnisko w Walencji leży blisko miasta i ma metro. Do centrum jeżdżą linie 3 i 5, podróż trwa około 20-25 minut. Bilet z lotniska kosztował nas 4,80 euro za osobę, do tego jednorazowo kupuje się kartę, na którą ładuje się przejazdy. Wysiadaliśmy na stacji Xàtiva przy dworcu Nord, skąd do naszego mieszkania było kilka minut pieszo. Taksówką byłoby szybciej o może dziesięć minut i kilka razy drożej.
Gdzie spać
Wybraliśmy małe mieszkanie w dzielnicy Russafa, na południe od starego miasta. To dobra baza: pełno piekarni, barów, małych sklepów, a do katedry idzie się piechotą niecałe pół godziny. Wieczorami jest tam gwarno, więc jeśli macie lekki sen, szukajcie pokoju od podwórza.
Alternatywy, które rozważaliśmy: sam środek Ciutat Vella (drożej, ale wszystko pod nosem) albo okolice plaży Cabanyal (taniej, spokojniej, dalej od zabytków, za to rano spacer brzegiem morza). Na trzy dni wybrałabym ponownie Russafę.
Dzień pierwszy: stare miasto i targ
Zaczęliśmy od Mercado Central, jednej z największych krytych hal targowych w Europie. Secesyjny budynek z kopułą i kolorowymi kafelkami robi wrażenie, ale najważniejsze jest jedzenie. Kupiliśmy owoce, jamón w papierowym rożku i kawałek sera, a śniadanie zjedliśmy na ławce obok. Tuż naprzeciwko stoi Lonja de la Seda, dawna giełda jedwabiu, gotycki budynek wpisany na listę UNESCO. Wstęp kosztuje kilka euro, zwiedzanie zajmuje pół godziny i warto je zrobić dla sali z kręconymi kolumnami.
Dalej katedra z dzwonnicą Miguelete. Na wieżę prowadzą wąskie kręcone schody, jest ich ponad dwieście. Z góry widać całe miasto: dachy, kopuły, a w tle port. Michał spędził tam dłużej niż ja, bo „światło akurat wchodziło z boku”. Po południu kręciliśmy się po Barrio del Carmen, gdzie są fragmenty murów miejskich, dwie zachowane bramy (Torres de Serranos i Torres de Quart) i mnóstwo murali.
Dzień drugi: park w dawnym korycie rzeki
Najlepsza rzecz w Walencji jest za darmo. Po powodzi w latach 50. zeszłego wieku rzekę Turię przekierowano poza miasto, a w pustym korycie urządzono park ciągnący się przez kilka kilometrów: Jardín del Turia. Są tam ścieżki rowerowe, boiska, gaje pomarańczowe, mostki nad głowami. Wypożyczyliśmy rowery miejskie i pojechaliśmy nim na wschód, aż do Miasta Sztuki i Nauki.
Ciudad de las Artes y las Ciencias to kompleks futurystycznych budynków z białego betonu i szkła, stojących w płytkich basenach. Do środka nie weszliśmy, bo bilety do oceanarium i muzeum nauki to spory wydatek, a nas bardziej interesowała architektura. Najładniej jest pod wieczór, kiedy budynki odbijają się w wodzie. Stamtąd pojechaliśmy dalej nad morze, na plażę Malvarrosa. W marcu nikt się nie kąpał, ale spacer z butami w ręku był obowiązkowy.
Dzień trzeci: Albufera i paella
Paella pochodzi właśnie stąd, z pól ryżowych wokół laguny Albufera, kilkanaście kilometrów na południe od miasta. Dojechaliśmy miejskim autobusem linii 25, który jedzie przez park przyrodniczy do wioski El Palmar. W wiosce jest kilkanaście restauracji z paellą walencjańską (z kurczakiem, królikiem i fasolą, bez owoców morza) i z arroz a banda. Porcję zamawia się zwykle na minimum dwie osoby i czeka się na nią dobre pół godziny, bo robiona jest od początku.
Po obiedzie popłynęliśmy krótkim rejsem łodzią po lagunie. Takie rejsy oferuje kilku przewoźników przy pomostach, trwają około 45 minut. Najlepsza pora to zachód słońca, ale my złapaliśmy ostatni autobus powrotny i nie chcieliśmy ryzykować.
Ile to kosztowało
Wszystko dla dwóch osób, cztery noce, orientacyjnie:
- Loty w obie strony z małym bagażem: około 800 zł za dwie osoby, kupione mniej więcej sześć tygodni wcześniej.
- Parking przy lotnisku w Krakowie: niecałe 150 zł za pięć dni.
- Nocleg: mieszkanie w Russafie, cztery noce, w przeliczeniu około 1300 zł. W sezonie ta sama oferta była wyraźnie droższa.
- Transport na miejscu: metro z lotniska i z powrotem, autobus do El Palmar, rower miejski. Razem kilkadziesiąt euro.
- Jedzenie: śniadania z targu i piekarni, jeden większy obiad dziennie, wieczorem tapas. Około 1000 zł na dwoje przez cztery dni.
- Wstępy: Lonja, wieża katedry, rejs po Albuferze. Niewiele ponad 100 zł razem.
Wyszło nam trochę ponad 3000 zł za dwoje. Najwięcej zjadł nocleg, najmniej transport.
Co zrobiłabym inaczej
Zostawiłabym więcej czasu na dzielnice mieszkalne. Walencja jest najciekawsza nie w katedrze, tylko na zwykłych ulicach Russafy czy Cabanyal, gdzie kamienice pokryte są kolorowymi kafelkami, a w barach o jedenastej rano siedzą emeryci z kawą i kanapką. I jeszcze jedno: w Hiszpanii je się późno. Kolacja przed dziewiątą wieczorem oznacza pustą salę albo zamkniętą kuchnię. Dopasujcie się, zamiast walczyć.
Michał dodaje, że następnym razem bierze drugą baterię do aparatu. Pierwszego dnia skończyła się na wieży.