Wilno na długi weekend
Do Wilna pojechaliśmy pociągiem, z przesiadką na granicy, w której tory zmieniają szerokość. Cztery dni, barokowe kościoły, Ostra Brama, Zarzecze z własną konstytucją, zamek w Trokach i różowy chłodnik, o którym Michał mówi do dziś.
Pisze Ola · 5 min czytania
Wilno jest blisko, ale z Katowic trochę na około. Tanie loty z naszych lotnisk do Litwy trafiają się rzadko, jazda autem to ponad osiemset kilometrów w jedną stronę. Tym razem postanowiliśmy spróbować czegoś innego: pociągu. W połowie lipca, na długi weekend z dwoma dniami urlopu, pojechaliśmy koleją przez Warszawę, a na granicy przesiedliśmy się do litewskiego pociągu.
To nie był najszybszy wyjazd w naszej historii, ale jeden z najprzyjemniejszych.
Dojazd pociągiem
Z Katowic do Warszawy dojechaliśmy pociągiem dalekobieżnym rano. W Warszawie przesiedliśmy się do pociągu jadącego w stronę granicy litewskiej. Na stacji Mockava, tuż za granicą, wszyscy przesiadają się do litewskiego pociągu. Powód jest techniczny: na Litwie tory mają szerszy rozstaw niż w Polsce, więc polskie wagony dalej nie pojadą. Przesiadka odbywa się na tym samym peronie i zajmuje kilkanaście minut.
Z Warszawy do Wilna podróż trwa niecałe siedem godzin. Z Katowic, razem z dojazdem do Warszawy, spędziliśmy w pociągach prawie cały dzień. Wzięliśmy książki, jedzenie i laptopa z filmem. Za oknem Podlasie, Suwalszczyzna, a potem litewskie lasy i jeziora.
Bilety kupiliśmy online z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Wyszło wyraźnie taniej niż paliwo na tę trasę, a do tego nikt nie musiał prowadzić przez dziewięć godzin.
Kto przylatuje samolotem: z lotniska w Wilnie do dworca kolejowego jeździ pociąg, jazda trwa kilka minut, bilet kosztuje niecałe euro. Są też autobusy miejskie do centrum za około euro.
Gdzie spać
Dworzec kolejowy w Wilnie leży kilka minut spacerem od Starego Miasta. Wynajęliśmy mieszkanie w kamienicy na skraju starówki, między dworcem a Ostrą Bramą, z kuchnią i widokiem na dachy. Ceny noclegów w Wilnie są zbliżone do polskich dużych miast, poza najbardziej turystycznymi ulicami.
Stare Miasto w Wilnie jest duże, jedno z największych w Europie Środkowo-Wschodniej, i całe wpisane na listę UNESCO. Wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, było w zasięgu spaceru.
Dzień pierwszy: Stare Miasto
Zaczęliśmy od Ostrej Bramy, jedynej zachowanej bramy dawnych murów miejskich. W kaplicy nad bramą jest obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, jedno z najważniejszych miejsc kultu dla Polaków i Litwinów. Nawet jeśli nie jesteście wierzący, warto wejść i zobaczyć, jak ludzie modlą się, stojąc na ulicy pod oknem kaplicy.
Stamtąd szliśmy ulicą Wielką i Zamkową w stronę placu Katedralnego. Po drodze kościoły: barokowe, jeden obok drugiego, białe, żółte, różowe. Wilno bywa nazywane miastem kościołów i to nie jest przesada.
Najpiękniejszy z nich to według mnie gotycki kościół św. Anny, z ceglaną fasadą przypominającą koronkę. Podobno Napoleon chciał go przenieść do Paryża na dłoni. Obok stoi dużo większy kościół Bernardynów i razem tworzą jeden z najbardziej znanych widoków w mieście.
Po południu weszliśmy na teren Uniwersytetu Wileńskiego, jednego z najstarszych w tej części Europy, z kilkunastoma dziedzińcami. Wieczorem na Górze Zamkowej, przy baszcie Giedymina, oglądaliśmy zachód słońca nad całym miastem.
Dzień drugi: Zarzecze i Rossa
Zarzecze, po litewsku Užupis, to dawna zaniedbana dzielnica za rzeczką Wilenką, która w latach 90. została ogłoszona przez artystów „niezależną republiką”. Na murze przy jednej z ulic wisi jej konstytucja, przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, także na polski. Jej punkty brzmią jak „Każdy ma prawo być szczęśliwy” i „Każdy ma prawo być nieszczęśliwy”. Czytałam je na głos, Michał robił zdjęcia tablic.
Po południu poszliśmy na cmentarz na Rossie, jedną z najstarszych polskich nekropolii poza granicami kraju. Są tu groby wielu zasłużonych Polaków, a przy wejściu grób matki Józefa Piłsudskiego, w którym złożono też jego serce. Cmentarz jest położony na wzgórzach, z kapliczkami i starymi drzewami. Spędziliśmy tam dwie godziny, choć planowaliśmy pół.
Dzień trzeci: Troki
Troki to małe miasteczko niecałe trzydzieści kilometrów od Wilna, między jeziorami. Pojechaliśmy tam pociągiem regionalnym z dworca w Wilnie, jazda trwa około pół godziny.
Najważniejszy jest zamek na wyspie na jeziorze Galwe, z czerwonej cegły, połączony z brzegiem drewnianymi mostkami. Wnętrza mieszczą muzeum, bilet kosztuje kilkanaście euro. Wokół jeziora są przystanie z rowerami wodnymi i łódkami. Wypożyczyliśmy łódkę na godzinę i opłynęliśmy zamek od strony wody, to najlepszy widok.
W Trokach od wieków mieszkają Karaimi, niewielka społeczność pochodzenia tureckiego. Na głównej ulicy stoją ich charakterystyczne drewniane domy, zwrócone szczytem do ulicy, z trzema oknami. W miasteczku trzeba zjeść kibiny, czyli karaimskie pierogi z ciasta drożdżowego z nadzieniem mięsnym albo warzywnym. Najlepsze są prosto z pieca.
Ostatni dzień: bez planu
Czwarty dzień zostawiliśmy pusty i to była dobra decyzja. Rano poszliśmy na targ Hale, najstarszą halę targową w mieście, gdzie kupiliśmy wędzony ser i chleb żytni na drogę. Potem kręciliśmy się bez celu po bocznych uliczkach starówki, zaglądając na podwórka, które w Wilnie często są otwarte i łączą się ze sobą przejściami. Pociąg powrotny mieliśmy po południu, więc zdążyliśmy jeszcze na kawę przy placu Ratuszowym.
Co jeść w Wilnie
Kuchnia litewska jest sycąca i często ziemniaczana. Nasze ulubione:
- Chłodnik litewski, czyli zimna zupa z buraków, kefiru, ogórków i koperku, w kolorze intensywnego różu, podawana z gorącymi ziemniakami. W upał idealny. Michał zjadł go cztery razy w cztery dni.
- Cepeliny, duże kluski ziemniaczane z mięsem, polane sosem ze skwarkami. Jeden wystarczy na cały dzień.
- Smażony chleb z czosnkiem, podawany do piwa. Uzależnia.
- Kibiny w Trokach.
W barach z kuchnią litewską obiad kosztował nas niewiele więcej niż w podobnych miejscach w Polsce. W modnych restauracjach na starówce ceny są już zachodnie.
Ile to kosztowało
Cztery noce, dwie osoby, orientacyjnie:
- Pociągi w obie strony, z Katowic przez Warszawę: około 900 zł za dwoje.
- Mieszkanie na skraju starówki: około 1400 zł za cztery noce.
- Transport na miejscu: pociąg do Trok, kilka przejazdów. Około 80 zł.
- Wstępy: zamek w Trokach, wieża na Górze Zamkowej, łódka. Około 250 zł.
- Jedzenie: około 900 zł.
Razem około 3500 zł. Trochę więcej, niż zakładałam, ale mniej niż Porto.
Na koniec
Wilno zaskoczyło nas tym, jak bardzo jest swojskie i jednocześnie inne. Słychać tu polski na ulicach, widać polskie nazwiska na grobach, a jednocześnie to pełnoprawne, nowoczesne europejskie miasto z własnym rytmem. Pociąg dał nam poczucie podróży, którego samolot nie daje. Następnym razem pojedziemy nim dalej, do Kowna.