Przeskocz menu
Menu

Polska Małopolska

Pieniny wczesną wiosną, zanim ruszą tratwy

Pieniny w marcu to góry bez kolejek, z błotem na szlaku i Dunajcem płynącym w ciszy, bo flisacy jeszcze nie wypłynęli. Dwa dni ze Szczawnicą jako bazą: Trzy Korony, Sokolica, Droga Pienińska i koszty.

Pisze Ola · 5 min czytania

Po Walencji mieliśmy w głowie jedno: następny wyjazd ma być tani, blisko i bez samolotu. Padło na Pieniny, bo od lat jeździmy tam latem i od lat obiecujemy sobie, że kiedyś zobaczymy je bez tłumu. W połowie marca wzięliśmy piątek wolny i pojechaliśmy na dwie noce do Szczawnicy.

Pieniny przed sezonem to trochę inne góry. Nie ma tratw, nie ma kolejek pod kasami, knajpy w Szczawnicy otwierają się z rozmysłem, a na szlaku spotyka się raczej miejscowych z psem niż wycieczki. Jest też błoto, lód w cieniu i pogoda, która potrafi zmienić zdanie w godzinę. Wszystko to opisuję poniżej.

Dojazd i nocleg

Z Ligoty do Szczawnicy jechaliśmy niecałe trzy godziny: autostradą do Krakowa, potem na południe przez Myślenice i dalej bocznymi drogami przez Limanową i Krościenko. W piątek po południu korków nie było, w niedzielę wieczorem na zakopiance przed Krakowem i tak postaliśmy.

Spaliśmy w pokoju gościnnym w Szczawnicy, w górnej części miasta, pięć minut od deptaka. Poza sezonem wybór jest duży, a ceny niższe niż latem mniej więcej o jedną trzecią. Pokój z łazienką i czajnikiem kosztował nas niecałe 200 zł za noc za dwie osoby. Część gospodarzy zimą w ogóle nie przyjmuje gości, więc lepiej zadzwonić, niż liczyć na portal.

Dzień pierwszy: Trzy Korony od Krościenka

Na Trzy Korony da się wejść z kilku stron. My wybraliśmy wariant z Krościenka nad Dunajcem, szlakiem przez Przełęcz Szopka. Z centrum Krościenka to około dwóch i pół godziny w górę, bez pośpiechu i bez trudnych miejsc. Ostatni odcinek na sam Okrąglicę, najwyższą z pięciu turni, prowadzi po schodkach i kładkach na platformę widokową.

Widok z góry to klasyk Pienin: zakole Dunajca w dole, po drugiej stronie słowackie wsie, a przy dobrej widoczności na południu Tatry, jeszcze całe w śniegu. W marcu na platformie byliśmy sami przez dobre dziesięć minut. Latem w tym miejscu stoi się w kolejce.

Ważna rzecz praktyczna: opłaty za wejście na platformy widokowe na Trzech Koronach i Sokolicy park pobiera w sezonie, od 1 kwietnia. W 2026 roku bilet normalny kosztuje 10 zł, a bilet kupiony na jednym szczycie jest tego samego dnia ważny na drugim. W marcu płacić nie było komu.

Zeszliśmy tą samą drogą, bo na zejściu w stronę Sromowiec leżało jeszcze sporo śniegu, a my nie chcieliśmy kombinować z powrotem do auta.

Raczki i błoto, czyli wiosna w górach

W marcu w Pieninach szlaki są w trzech stanach naraz. Na słonecznych zboczach błoto po kostki, w lesie po północnej stronie ubity, śliski śnieg, a na kamieniach rano szron. Raczki, czyli lekkie nakładki z kolcami na buty, przydały nam się dwa razy dziennie. Kosztują mniej niż jeden obiad w kurorcie i mieszczą się w kieszeni plecaka.

Do tego stuptuty albo przynajmniej wysokie buty, zapasowe skarpetki w aucie i krótszy plan niż latem. Dzień w marcu kończy się szybciej, a zejście po błocie zajmuje więcej czasu niż wejście.

Dzień drugi: Sokolica i Droga Pienińska

Latem na Sokolicę chodzi się ze Szczawnicy, przeprawiając się przez Dunajec łodzią flisacką. Poza sezonem przewozu nie ma, więc weszliśmy od strony Krościenka, a dalej grzbietem przez Czertezik. To bardzo ładny grzbiet, trochę w górę, trochę w dół, z widokami na przełom. Sama Sokolica to skalny cypel ze słynną, samotną sosną na krawędzi. Pod szczytem są barierki i kamienne stopnie, trzeba uważać, szczególnie kiedy jest mokro.

Po południu, już z odpoczynkiem dla kolan, poszliśmy Drogą Pienińską. To szeroka, płaska droga wzdłuż Dunajca po słowackiej stronie, dostępna dla pieszych i rowerzystów, prowadząca ze Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Z Polski dochodzi się do niej przez kładkę pieszą w Szczawnicy. Cała trasa ma około dziesięciu kilometrów w jedną stronę, my przeszliśmy mniej więcej połowę i zawróciliśmy. Po jednej stronie skały, po drugiej zielona woda i zero tratw. Michał robił zdjęcia co dwieście metrów.

Latem to jedna z najpopularniejszych tras rowerowych w Polsce i w weekend bywa na niej ciasno. W marcu minęło nas może dziesięć osób.

Kiedy ruszają tratwy

Sezon spływów Dunajcem trwa od 1 kwietnia do końca października. Bilet na klasyczną trasę ze Sromowiec Kątów do Szczawnicy kosztuje w tym roku ponad 110 zł od osoby, w zależności od terminu. Spływ trwa niecałe trzy godziny. Robiliśmy go kilka lat temu i uważamy, że raz w życiu warto. Ale jeśli macie do wyboru spływ w sierpniu albo spacer tą samą doliną w marcu, to z czystym sumieniem polecamy marzec.

Jeśli chcecie jednego i drugiego, celujcie w pierwsze tygodnie kwietnia, kiedy tratwy już pływają, a turystów jest jeszcze niewielu.

Co jeszcze, jeśli zostaje czas

  • Wąwóz Homole w Jaworkach, kilka kilometrów od Szczawnicy. Krótki, skalisty wąwóz z potokiem, na spacer na godzinę albo dwie z wejściem na polany nad nim.
  • Zamki w Niedzicy i Czorsztynie po dwóch stronach zalewu. Zamek w Niedzicy zwiedza się z przewodnikiem albo samodzielnie, warto sprawdzić godziny poza sezonem przed wyjazdem.
  • Deptak w Szczawnicy i pijalnia wód. Najlepiej wieczorem, kiedy robi się pusto.

Ile wydaliśmy

Za dwie osoby, dwie noce, orientacyjnie:

  • Paliwo: około 350 km w obie strony, niecałe 200 zł.
  • Nocleg: dwie noce w pokoju gościnnym, niecałe 400 zł.
  • Jedzenie: śniadania z piekarni i z własnego czajnika, obiady w barach w Szczawnicy i Krościenku, jedna kolacja w regionalnej karczmie. Około 350 zł.
  • Parkingi i drobne: kilkadziesiąt złotych.
  • Raczki: kupione wcześniej, więc się nie liczą, choć Michał twierdzi, że powinny.

Razem niecałe 1000 zł za cały weekend. Po Walencji to była kwota, która przywróciła nam spokój w arkuszu.

Czego się nauczyliśmy

Góry przed sezonem wymagają pokory. Z rana świeciło słońce, o drugiej po południu padał śnieg z deszczem, a kiedy wróciliśmy do auta, znowu było słońce. Sprawdzajcie prognozy, bierzcie czołówkę i nie planujcie na marcowy dzień tyle, co na lipcowy.

I jeszcze jedno: w marcu w Pieninach słychać Dunajec. Latem zagłuszają go tratwy, rowery i rozmowy. To była dla mnie najmilsza niespodzianka tego wyjazdu.

Ola pisze większość wpisów i liczy budżet

Ola ma 31 lat i pracuje w kadrach i płacach w Katowicach. Pisze większość wpisów i prowadzi budżet każdego wyjazdu w arkuszu: plan w jednej kolumnie, wydane w drugiej. Najchętniej chodzi po halach targowych, piekarniach i zwykłych dzielnicach, gdzie nie ma nic do zwiedzania.

Więcej o nas