Przeskocz menu
Menu

Za kółkiem Mazury

Mazury bez jachtu, samochodem dookoła jezior

Nie mamy patentu żeglarskiego i nie planujemy go robić. Na Boże Ciało pojechaliśmy na Mazury autem i przez cztery dni objeżdżaliśmy jeziora od Giżycka po Puszczę Piską. Trasa, odległości, nocleg i to, co warto zobaczyć z lądu.

Pisze Michał · 5 min czytania

Znajomi, którzy jeżdżą na Mazury, zawsze mówią o nich w kontekście jachtu. Tyle węzłów, taki wiatr, taka keja. My nie żeglujemy. Kiedyś wypożyczyliśmy łódkę na godzinę i to wystarczyło, żeby Ola uznała, że jej miejsce jest na lądzie. Mimo to Mazury od dawna były na naszej liście, tylko w wersji dla ludzi z prawem jazdy kategorii B.

Na tegoroczne Boże Ciało wzięliśmy piątek urlopu i pojechaliśmy tam na cztery dni. Poniżej trasa, którą zrobiliśmy. Da się ją powtórzyć w długi weekend albo rozciągnąć na tydzień.

Dojazd z Katowic

Z Ligoty do Giżycka jest około 600 kilometrów. Jechaliśmy autostradą A1 w stronę Łodzi, potem drogą ekspresową S8 w kierunku Warszawy i S7 na północ, a od Olsztynka już drogami krajowymi przez Mrągowo. Zajęło nam to około siedmiu godzin z dwoma postojami. Wyjechaliśmy w środę po pracy i nocowaliśmy po drodze, żeby w czwartek rano być już na miejscu, a nie w korku.

To długa trasa i jedyna rzecz, która w tym wyjeździe mnie męczyła. W drodze powrotnej, w niedzielę, ruch w stronę Warszawy był duży od samego Mrągowa. Jeśli możecie wracać w poniedziałek albo wcześnie rano, zróbcie to.

Paliwo w Octavii: średnio około sześciu i pół litra na sto na trasie, trochę więcej po lokalnych drogach.

Baza: jeden nocleg na cały pobyt

Na Mazurach odległości między atrakcjami są niewielkie, więc zamiast przenosić się co noc, wybraliśmy jedną bazę. Wynajęliśmy pokój w domu z ogrodem nad jeziorem, w małej miejscowości między Giżyckiem a Rynem. Stamtąd do każdego punktu trasy mieliśmy od kwadransa do godziny jazdy.

Rada praktyczna: szukajcie noclegu nie w samych Mikołajkach czy Giżycku, tylko w okolicznych wsiach. Taniej, ciszej, a często z własnym pomostem i widokiem na wodę. W długi weekend czerwcowy rezerwowaliśmy sześć tygodni wcześniej i to był ostatni moment na sensowny wybór.

I jeszcze jedno, czego nikt nam nie powiedział: komary. W czerwcu nad jeziorami wieczorem są ich chmary, szczególnie przy trzcinach i w bezwietrzne dni. Środek odstraszający kupiliśmy dopiero drugiego dnia, w pierwszej napotkanej aptece, po wieczorze spędzonym na pomoście. Moskitiera w oknie pokoju okazała się ważniejsza niż widok na wodę.

Dzień pierwszy: Giżycko i Sztynort

Giżycko

Giżycko leży między jeziorami Niegocin i Kisajno i jest nieoficjalną stolicą żeglarzy. Dla nas najciekawsze były dwie rzeczy.

Pierwsza to obrotowy most nad Kanałem Łuczańskim. Kilka razy dziennie most jest obracany, żeby przepuścić łodzie, i robi to ręcznie jeden człowiek z obsługi. Stanęliśmy obok i patrzyliśmy, jak sam, korbą, obraca stalową konstrukcję, a za chwilę przez kanał płynie sznur jachtów. Godziny otwarcia mostu są wywieszone przy kanale.

Druga to Twierdza Boyen, dziewiętnastowieczna forteca na przesmyku między jeziorami. Duży teren, wały, bastiony, fosa. Zwiedza się ją samodzielnie, wejście jest płatne, spacer zajmuje godzinę albo dwie.

Sztynort

Po południu pojechaliśmy do Sztynortu, na przesmyk między jeziorami Mamry i Dargin. Jest tu duża przystań jachtowa i dawny pałac rodu Lehndorffów, od lat w remoncie. Siedzieliśmy na nabrzeżu i patrzyliśmy na łodzie. To jest właśnie ten moment, w którym czuje się Mazury, nawet bez jachtu.

Dzień drugi: Święta Lipka, Kętrzyn i Ryn

Święta Lipka to barokowe sanktuarium w małej wsi, z bogato zdobionym wnętrzem i słynnymi organami z ruchomymi figurami. W sezonie odbywają się krótkie prezentacje organów, w czasie których figury aniołów się poruszają. Warto sprawdzić godziny, bo to naprawdę robi wrażenie, nawet na kimś, kto do kościoła chodzi rzadko.

Kilkanaście kilometrów dalej, w lesie pod Kętrzynem, jest Gierłoż i dawna kwatera Hitlera, Wilczy Szaniec. Zostały ruiny potężnych bunkrów, wysadzonych pod koniec wojny. To miejsce przygnębiające i bardzo pouczające. Poświęciliśmy mu dwie godziny.

Na koniec dnia zajechaliśmy do Rynu, gdzie na wzgórzu nad jeziorem stoi krzyżacki zamek. Dziś mieści się w nim hotel, ale dziedziniec i okolice są dostępne. Rynek w Rynie, jakkolwiek to brzmi, jest mały i spokojny, dobry na lody.

Dzień trzeci: Mikołajki i Puszcza Piska

Mikołajki to najbardziej turystyczne miasteczko na Mazurach. Deptak, port, statki wycieczkowe, tłumy w weekend. Warto zobaczyć raz, przejść się nabrzeżem i przez most nad przesmykiem. Nie warto spędzać tam całego dnia.

Z Mikołajek pojechaliśmy na południe, przez Puszczę Piską do Rucianego-Nidy. To jeden z najpiękniejszych odcinków drogi w Polsce: przez las sosnowy, między jeziorami, z przerwami na krótkie spacery. W Krutyni, małej wsi nad rzeką, zaczynają się popularne spływy kajakowe. Rzeka jest spokojna i płytka, więc nawet my byliśmy w stanie przepłynąć krótki odcinek bez wywrotki.

Do kajaków wypożyczalnie dowożą na start i odbierają z mety, cena zależy od długości trasy.

Statek zamiast jachtu

Jeśli chcecie zobaczyć Mazury z wody bez żeglowania, są statki wycieczkowe kursujące między Giżyckiem, Mikołajkami i Rucianem-Nidą. Rejs z Giżycka do Mikołajek trwa kilka godzin, więc najlepiej płynąć w jedną stronę, a wrócić autobusem albo zorganizować się tak, żeby ktoś odebrał was autem. Nam się nie udało, bo żadne z nas nie chciało zostać kierowcą. Następnym razem.

Ile to kosztowało

Cztery dni, dwie osoby, orientacyjnie:

  • Paliwo: około 1300 km w sumie, niecałe 600 zł.
  • Noclegi: nocleg po drodze i trzy noce w pokoju nad jeziorem, około 1300 zł.
  • Wstępy: twierdza, Wilczy Szaniec, parkingi. Około 200 zł.
  • Kajak: krótki odcinek Krutyni dla dwojga, około 150 zł.
  • Jedzenie: ryby smażone przy przystaniach, obiady w barach, śniadania w noclegu. Około 700 zł.

Razem około 2950 zł. Paliwo to spora część budżetu, bo z Katowic na Mazury jest po prostu daleko.

Mazury bez jachtu to inne Mazury, ale nie gorsze. Widzieliśmy więcej, niż zobaczylibyśmy z pokładu, choć mniej zachodów słońca na środku jeziora. Wrócimy, może na tydzień, może z rowerami. Tamtejsze drogi są jak stworzone do jazdy bez pośpiechu.

Na jesiennej pętli po czeskich miasteczkach co noc spaliśmy gdzie indziej i codziennie się pakowaliśmy. Tym razem wybraliśmy jedną bazę i to była najlepsza decyzja całego wyjazdu. Przy trasie wokół jezior polecam to każdemu.

Michał kierowca, fotograf i specjalista od przełęczy

Michał ma 33 lata i jest automatykiem w zakładzie produkcyjnym pod Katowicami. Jest kierowcą w naszej parze i tym, który wstaje o świcie „na światło” ze starym aparatem i jednym jasnym obiektywem. Pisze o drodze, autach, winietach i sprzęcie.

Więcej o nas