Jura w jeden dzień. Mirów, Bobolice i Góra Zborów w październiku
Jura Krakowsko-Częstochowska jest od nas bliżej niż Beskidy, a byliśmy tam rzadziej niż w Neapolu. W zeszłą sobotę to naprawiliśmy: świt przy ruinach w Mirowie, spacer szlakiem do Bobolic, popołudnie na skałkach Góry Zborów i powrót na kolację. Bez noclegu, za niecałe trzysta złotych.
Pisze Ola · 5 min czytania
Michał zapytał w piątek wieczorem, o której wstajemy. Powiedziałam, że normalnie, w sobotę, o ósmej. Spojrzał na mnie tak, jak patrzy na prognozę zachmurzenia, i powiedział, że w Mirowie słońce wschodzi przed siódmą, a jazdy jest nieco ponad godzinę. Wstaliśmy o piątej. Kawę wypiłam w aucie, z termosu, na ciemnej drodze za Zawierciem.
Jura to region, który mamy prawie za płotem i który zawsze przegrywał z czymś dalszym. Raz byliśmy w Ojcowie, kilka lat temu, raz Michał pojechał sam na zdjęcia do Podzamcza. Tym razem plan był prosty: jeden dzień, dwa zamki, jedna góra ze skałkami i powrót do domu przed zmrokiem.
Dojazd i parking
Z Ligoty do Mirowa jechaliśmy trochę ponad godzinę, najpierw drogą ekspresową na północ, potem lokalnymi drogami przez jurajskie wsie. O szóstej rano w sobotę drogi były puste. Wracając po południu, trafiliśmy na większy ruch tylko przy wjeździe do aglomeracji.
Pod obydwoma zamkami są parkingi. Rano staliśmy prawie sami, w południe pod Bobolicami było już kilkadziesiąt aut, w październiku to i tak niewiele w porównaniu z tym, co podobno dzieje się tu w majówkę.
Mirów o świcie
Michał wysiadł z auta, zanim zdążyłam odpiąć pas. Z łąki pod zamkiem jest widok na ruiny na wapiennej skale i o świcie, kiedy słońce wychodzi zza wzgórza, mury robią się najpierw różowe, a potem złote. Nad łąką leżała mgła. Michał zrobił chyba sto zdjęć i przez pół godziny nie odezwał się ani słowem. Ja stałam z kubkiem i obserwowałam, jak mgła schodzi w dolinę.
Sam zamek w Mirowie to ruiny gotyckiej warowni z XIV wieku, przez wiele lat zabezpieczane i dziś udostępnione do zwiedzania. Teren jest ogrodzony i biletowany, otwierany o określonej godzinie, więc o świcie oglądaliśmy wszystko z zewnątrz. To zupełnie wystarczy na zdjęcia. Do środka weszliśmy później, po powrocie z Bobolic.
Szlak do Bobolic
Między zamkami biegnie fragment Szlaku Orlich Gniazd. To spacer, a nie wędrówka: około dwóch kilometrów w jedną stronę, ścieżką przez łąki i lasek, łagodnie, bez żadnych stromych odcinków. Po drodze mija się wapienne skałki, na które od rana wspinali się już pierwsi wspinacze.
Zamek w Bobolicach wygląda zupełnie inaczej niż ten w Mirowie. Jest odbudowany, z murami, wieżą i dachami, więc z daleka przypomina bardziej ilustrację z książki niż prawdziwą ruinę. Na dziedziniec i do wnętrz wchodzi się z biletem, a zwiedzanie wnętrz odbywa się z przewodnikiem, w grupach. Dzięki temu nie ma tłoku w ciasnych komnatach. Opowieść o historii zamku i jego odbudowie trwa kilkadziesiąt minut. Michał najbardziej zapamiętał widok z murów na Mirów, ja kuchnię i grube ściany, w których można by zamieszkać.
Dla tych, którzy chcą zobaczyć oba zamki, jest bilet łączony. Dokładne ceny i godziny, szczególnie po sezonie, sprawdzajcie na stronach zamków przed wyjazdem. W październiku zamki są otwarte krócej niż latem.

Góra Zborów bez ekspozycji
Po obiedzie pojechaliśmy kilkanaście minut na południe, do Podlesic. Góra Zborów to rezerwat przyrody z wapiennymi skałami, które wyglądają jak rozrzucone przez olbrzyma. Wokół prowadzi ścieżka, a na sam szczyt łagodne podejście.
Napiszę to wprost, bo dla mnie to był najważniejszy argument: tu nie ma ekspozycji. Nie lubię miejsc, gdzie po jednej stronie ścieżki jest przepaść, a w górach zawsze idę wolniej od Michała. Na Górze Zborów skały są duże i robią wrażenie, ale ścieżka prowadzi między nimi albo obok nich, nie po krawędzi. Wspinacze wchodzą na skały z linami, my chodziliśmy dołem i patrzyliśmy na nich z zadartą głową.
Ze szczytu widać okoliczne wzgórza i lasy, w październiku w kolorach. Spędziliśmy tam niecałe dwie godziny, z długim siedzeniem na ławce i kanapką z resztek obiadu. Michał tym razem zrobił mniej zdjęć, bo popołudniowe światło było płaskie. Narzekał, ale cicho.
Jedzenie
W okolicy zamków jest kilka miejsc z obiadem, głównie kuchnia regionalna i przydrożne bary otwarte w sezonie. W październiku część działała tylko w weekend. Zjedliśmy obiad w gospodzie przy drodze między zamkami: żurek, pierogi, schabowy dla Michała. Rano jedliśmy kanapki z domu, a termos z kawą przetrwał do Podlesic.
Ile kosztował dzień
Z mojej kolumny w arkuszu, za dwie osoby:
- Paliwo: Octavia spaliła niecałe dwanaście litrów na całej trasie, w obie strony.
- Bilety: oba zamki, kilkadziesiąt złotych za osobę.
- Parking: za darmo albo symbolicznie.
- Obiad: około stu dwudziestu złotych za dwoje.
- Kawa i ciastka po drodze: kilkanaście złotych.
Razem niecałe trzysta złotych. To mniej niż jedna noc w Karkonoszach w zeszłym miesiącu. O jednodniowych wyjazdach bez noclegu pisałam przy okazji majówki w Beskidzie Śląskim, i Jura przekonała mnie, że to dla nas najlepszy format na jesienne soboty.
Co bym zrobiła inaczej
Dwie rzeczy. Po pierwsze, wzięłabym czołówki. Nie byłam przygotowana na to, że o szóstej trzydzieści w październiku pod zamkiem jest jeszcze tak ciemno, a ścieżka z parkingu na łąkę prowadzi przez kamienie. Michał miał latarkę w telefonie, ja się potykałam.
Po drugie, zostawiłabym więcej czasu na Górę Zborów. Myślałam, że to dodatek do zamków, a okazało się, że to najprzyjemniejsza część dnia. Spokojna, bez biletów i kolejek, z lasem dookoła.
Wrócimy
Na liście zostało jeszcze tyle: Ogrodzieniec, Olsztyn, Smoleń, Rabsztyn, jaskinie. Do każdego z tych miejsc mamy godzinę, może półtorej. W listopadzie dni będą krótsze, ale na jeden zamek i spacer to wystarczy. Michał już sprawdza godzinę wschodu słońca w Ogrodzieńcu. Ja sprawdzam, o której otwierają kawiarnię.
Po Karkonoszach we wrześniu myślałam, że na jesień mamy już swój górski wyjazd. Teraz wiem, że góry nie muszą mieć tysiąca metrów. Wystarczą wapienne skały, zamek na szczycie i godzina drogi od domu.